• Youtube
  • Facebook
  • Szukaj

Snajper przypadkowo doskonały

14.10.2024

Mogłoby się wydawać, że nie sposób przebić historii, jaką opisaliśmy przed dwoma laty w „Migawce archiwalnej” (https://katowice.ipn.gov.pl/pl3/aktualnosci/167833,Granat-na-wiwat-weselny.html). Przypomnijmy: w 1946 r. przyjaciel pana młodego próbował uczcić jego ślub robiąc domowy fajerwerk przez wrzucenie granatu do potoku. Fajerwerk się udał, ale skutkiem ubocznym było poważne zranienie odłamkiem matki nowożeńca. Okazało się, że w aktach przechowywanych w Oddziałowym Archiwum IPN w Katowicach znajduje się historia jeszcze bardziej niewiarygodna i pouczająca, że wesela i strzelanie powinno się organizować osobno.

6 kwietnia 1953 r. w Świdnie w powiecie włoszczowskim do ślubu kościelnego szykowali się Teofil i Kazimiera. Wśród gości znalazł się i szwagier panny młodej, Władysław Andrzejewski, funkcjonariusz MO w Gliwicach. Przed udaniem się do kościoła towarzystwo zaczęło delikatnie świętować w domu rodzinnym Kazimiery i przed 17 w wesołych humorach na jednej furmance wyruszyło na ceremonię. Wówczas Andrzejewski postanowił wystrzelić na wiwat, „bo ani muzyki nie ma”. Postanowienie to zaraz zrealizował: strzelił dwa razy, a potem wydarzenia potoczyły się już po swojemu. Konie się spłoszyły i gwałtownie szarpnęły wóz. Andrzejewski się zachwiał i niechcący wystrzelił trzeci raz – tyle, że już nie na wiwat. Gdyby próbował osiągnąć taki efekt celowo, nigdy by mu się to nie udało, a tu jedną kulą zranił w rękę Kazimierę i w obie ręce Teofila.

Oczywiście ślub w tym dniu już się nie odbył, a młodzi zamiast przed ołtarz trafili do szpitala we Włoszczowie. Szczęśliwie kula nie strzaskała kości i rany nie okazały się bardzo poważne. Wypadek nie popsuł też bardzo dobrych dotąd relacji z Andrzejewskim – nowożeńcy deklarowali, że nie mają do niego żalu i wręcz nie chcą, żeby trafił przed sąd. Sam sprawca też bardzo żałował spowodowanego nieszczęścia, przepraszał i zarzekał się, że zranił młodych zupełnie niechcący. Jakkolwiek relacje rodzinne nie zostały zniszczone po niefortunnym strzelaniu, to Andrzejewski nie uniknął prawnych konsekwencji swojej niefrasobliwości. 10 kwietnia trafił do katowickiego (wtedy już stalinogrodzkiego) aresztu, a 1 lipca przed Wojskowy Sąd Rejonowy w Katowicach/Stalinogrodzie z oskarżeniem o nieostrożne obchodzenie się z bronią i postrzelenie dwóch osób. Przyznał się do winy, złożył wyjaśnienia; usprawiedliwiał się, że strzelał na prośbę pana młodego, co ten potwierdził. Sąd skazał winowajcę na rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na dwa lata.

W konsekwencji całej sprawy Andrzejewski stracił pracę w MO. Miał pecha, bo przełożeni wyrażali się o nim dobrze, chwalili jego zaangażowanie i przewidywali, że będzie z niego „wzorowy milicjant”.

(na podstawie IPN Ka 238/4255, IPN Ka 0146/410

do góry