• Youtube
  • Facebook
  • Szukaj
83. rocznica Zbrodni Wołyńskiej.

Pamięci zamęczonych przez UPA

20.07.2026

„Wyszedł jak zwykle do lasu i już nie wrócił”; „widziałem go zabitego leżącego w rowie”; „widziałam, że szwagier krwawi z kilku ran”; „wówczas strasznie mordowano Polaków”; „miał rozbitą głowę”; „powstał od razu krzyk”; „były ślady krwi w miejscach, którędy go prowadzono”; „uciekałam do miasta Łucka przed grasującymi bandami ukraińskimi”; „przypuszczalnie został zamordowany w drodze”; „została zamordowana wraz z dwojgiem dzieci przez Ukraińców w roku 1943”.

Tak krótko po wojnie opisywali grozę z lat 1943–1944 ci mieszkańcy Wołynia i Małopolski Wschodniej, którzy zdołali uciec przed ukraińskimi widłami, siekierami, bagnetami, kulami, ogniem i wymyślnymi, diabelskimi sposobami zadawania śmierci. Od lat w lipcu wspominamy niewinne i bezbronne ofiary Ukraińskiej Powstańczej Armii, a tę pamięć chce też podtrzymać „Migawka archiwalna”. W naszym zasobie nie mamy zdjęć dokumentujących tamtą zbrodnię, ale zachowały się świadectwa tych, którzy ją przeżyli – a ich słowa bolą nie mniej niż obrazy.

Po drugiej wojnie światowej swój przymusowy nowy dom na Górnym Śląsku znaleźli liczni kresowiacy: tacy, którzy – wygnani przez sowietów – stracili „tylko” swoje miejsce na ziemi, i ci, którzy na Kresach zostawili i dom, i zamordowanych najbliższych. Ci drudzy, chcąc uporządkować swój status prawny (zwłaszcza stan cywilny) zgłaszali się do lokalnych sądów, przed którymi prowadzono postępowania dotyczące uznania ich bliskich za zmarłych. Tam opowiadali o doświadczonej tragedii.

Nauczyciel szkoły ludowej z Sobótki Dolnej w powiecie Monasterzyska, Stanisław Krzywonos (35 lat), został wywleczony ze szkoły 10 września 1943 r. i zamordowany w jej pobliżu. O uznanie go za zmarłego starał się już w Gliwicach jego teść, prosząc też o ustanowienie go opiekunem dla trojga wnuków. Pięćdziesięcioletni Kazimierz Mederski został zastrzelony przez banderowców we własnym domu w Żdżarach Dużych w powiecie włodzimierskim wieczorem 19 marca 1943 r. W lutym 1944 r. Ukraińcy zamordowali Jana Broszczakowskiego (42 lata): świadek zeznał, że „ranną porą pobrali [go] z domu w Pieniakach banderowcy, rabując przy tym jego mienie” i dodał: „prawdopodobnie został on zamordowany przez banderowców, gdyż był Polakiem, a banderowcy każdego Polaka mordowali.” Sąd w Gliwicach uznał zaś „że zmarł on w dniu zabrania go z domu, albowiem notorycznie znanym jest, że bandy ukraińskie ofiar swoich żywo nie wypuszczały.” Mężczyzna osierocił troje dzieci. Kazimierz Brzozowski (55 lat), mieszkaniec wsi Skole w powiecie stryjskim, wyszedł 4 lipca 1944 r. do lasu, aby – jak co dzień – zebrać trawę dla kozy i „od tego czasu brak o nim wszelkich wiadomości. Ponieważ denat był zawodowym starszym sierżantem WP i znanym był jako gorliwy Polak, przyczyniło się to prawdopodobnie do jego zgładzenia przez Ukraińców.” Kazimierz Piotrowski zginął w Krwawą Niedzielę, 11 lipca 1943 r. w Zabołotcach w powiecie włodzimierskim. Mężczyzna miał 70 lat, mieszkał w Kowlu i był nauczycielem muzyki. Tragicznego dnia wyjechał wraz ze znajomym księdzem do Zabołotców, a kilka dni później „do Kowla przybyło szereg osób opowiadając o masowym mordzie dokonanym przez Ukraińców na Polakach zebranych na odpuście w Zabłoćcach.”

I tak samo było w Wołkowie (pow. Przemyślany), Buczaczu, Zamczysku (pow. Dubno), Nikłowicach (pow. Mościska), Ceniowie (pow. Brzeżany) i wielu innych miejscach. Uderza nie tylko bestialstwo i bezwzględność tej zbrodni, ale także jej powszechność, codzienność i fakt, że śmierć często przychodziła z ręki sąsiadów czy znajomych. Wiele ofiar dotąd pozostaje niezidentyfikowanych, bezimiennych i pozbawionych miejsca pochówku, a niechęć do jasnego nazwania katów katami i ofiar ofiarami tylko pomnaża niesprawiedliwość wobec pomordowanych.

(na podstawie IPN Ka 555/3301, IPN Ka 868/2000, IPN Ka 869/61,

IPN Ka 990/2640, IPN Ka 990/3644, IPN Ka 990/2567,

IPN Ka 990/2934, IPN Ka 990/3930, IPN Ka 990/4581, IPN Ka 990/5180)

do góry